O gniewie.
Z jednej strony słyszymy, że gniew jest czymś złym, niecywilizowanym i destrukcyjnym. Z drugiej, że należy go „wyrażać”, „wyrzucać z siebie” i traktować jako formę autentyczności. Obie postawy omijają sedno.
Gniew sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. Jest sygnałem. I jak każdy sygnał domaga się odczytania, nie tylko rozładowania.
Gniew rodzi się tam, gdzie zostaje naruszona granica, gdy dzieje się niesprawiedliwość, gdy prawda jest gwałcona, czy gdy godność, nasza lub czyjaś, zostaje zlekceważona. W tym sensie gniew jest reakcją moralną. Nieprzypadkowo Pismo Święte nie usuwa go z ludzkiego doświadczenia. Bóg nie jest przedstawiony jako obojętny obserwator zła, lecz jako Ten, który reaguje. A Jezus, który jest „cichy i pokornego serca”, potrafi także zapłonąć gniewem wobec obłudy i profanacji świętości.
Problem zaczyna się wtedy, gdy gniew przestaje służyć prawdzie, a zaczyna służyć ego. Gdy nie prowadzi do naprawy, lecz do zniszczenia. Gdy zamiast chronić granice, staje się narzędziem przemocy słownej, emocjonalnej, a czasem fizycznej. Wtedy gniew nie jest już reakcją na zło, lecz sam staje się złem. Św. Paweł pisze: „Gniewajcie się, ale nie grzeszcie” (Ef 4,26). To zdanie zakłada, że gniew jest możliwy i jednocześnie niebezpieczny.
Wielu ludzi boi się gniewu, bo widziało jego niszczącą twarz. Dlatego tłumi go, spycha lub racjonalizuje. Taki gniew jednak nie znika. Zmienia postać. Przechodzi w cynizm, bierną agresję, chłód emocjonalny lub chroniczne poczucie krzywdy. Tłumiony gniew zatruwa relacje, bo nie pozwala na prawdę. Człowiek uśmiecha się, ale w środku narasta napięcie. Z czasem nie wiadomo już, co naprawdę boli.
Z drugiej strony gniew, który jest niekontrolowany, staje się formą tyranii. Człowiek pozwala, by emocja dyktowała mu słowa i czyny. Wtedy każdy sprzeciw jest odbierany jako atak, a każda frustracja jako usprawiedliwienie wybuchu. Taki gniew niszczy nie tylko relacje, ale i samego człowieka, bo odbiera mu wolność. Zamiast panować nad emocją, człowiekiem rządzi gniew.
Dojrzałość polega na tym, by gniew przeżyć, ale nie dać mu władzy. Zadać pytanie: co zostało naruszone? Jaka prawda domaga się obrony? Czy chodzi o ważną sprawę, czy o moje zranione ego? Taki gniew może stać się konstruktywną siłą. Może mobilizować do działania, do postawienia granic, do sprzeciwu wobec niesprawiedliwości. Bez gniewu świat byłby obojętny. Z nim może stać się bardziej sprawiedliwy.
W perspektywie chrześcijańskiej gniew potrzebuje jeszcze jednego oczyszczenia: miłości. Gniew Jezusa nigdy nie był odwetem. Był sprzeciwem wobec zła po to, by człowieka ocalić, a nie zniszczyć.
To zasadnicza różnica. Gniew, który chce dobra drugiego, nawet gdy jest stanowczy, pozostaje w granicach prawdy. Gniew, który chce tylko ukarać, zamyka się na miłość.
Ostatecznie gniew nie jest wrogiem duchowego życia. Jest wyzwaniem. Domaga się uważności, uczciwości i odwagi. Jeśli go nie zauważymy - zniszczy nas od środka. Jeśli damy mu pełną władzę - zniszczy innych.
Ale jeśli pozwolimy mu prowadzić nas do prawdy i dobra, może stać się jedną z najbardziej twórczych sił w człowieku. Bo gniew, przeżyty w świetle sumienia, nie oddala od miłości. Może ją nawet ocalić.
Ks. Tomasz Białoń